Burze i deszcze w San Diego 2025-2026 – moje pomiary i obserwacje
Jeśli myślisz o San Diego, to pewnie widzisz w głowie słońce, palmy i pogodę „w sam raz” przez większość roku. Ja też tak kiedyś to widziałem, zanim na serio zacząłem notować opady i porywy wiatru w mojej okolicy. A prawda jest taka, że tutejsza aura potrafi zrobić psikusa. Czasem deszcz przychodzi jak po sznurku, czasem „rozmazuje się” w postaci przelotnych pasm, a czasem robi się tak wietrznie, że człowiek ma ochotę dociążyć wszystko, co stoi na tarasie.
Piszę to jako ktoś, kto mieszka w rejonie San Diego, w zachodniej części Elfin Forest (na wysokości ok. 777 stóp). Jestem mniej więcej między Encinitas a Escondido, na południe od San Marcos. Prowadzę własne pomiary opadów na stacji pogodowej i porównuję je z danymi amerykańskiej służby meteorologicznej National Weather Service (NWS) dla okolicznych lokalizacji (m.in. Oceanside, Carlsbad, Encinitas, Rancho Bernardo, Poway, San Diego, La Mesa, Ramona i Julian). Dzięki temu widzę nie tylko „co spadło u mnie”, ale też jak bardzo potrafi się różnić sytuacja na krótkim dystansie.
W tekście opieram się na moich zapisach z lat 2025–2026 i na zestawieniach z odczytami raportowanymi dla okolicy. Celowo trzymam się liczb, godzin i prostych wniosków, bo pogoda lubi konkrety.
Gdzie i jak mierzę opady: mój punkt odniesienia
Mój punkt pomiarowy to okolice zachodniej części Elfin Forest. To ważne, bo teren robi tu różnicę: bliskość wybrzeża, pagórki, dolinki, kierunek wiatru i to, jak układa się front — wszystko wpływa na to, czy dostaniesz „porządny deszcz”, czy tylko lekkie skropienie.
Moja stacja pogodowa i codzienna rutyna
Nie robię z tego laboratorium, raczej konsekwentny nawyk:
Dobrze działa też podejście „na chłodno”: jeśli u mnie spadło mało, a Julian raportuje kilka cali, to nie znaczy, że moja stacja oszukuje. To znaczy, że w regionie zdążyło się wydarzyć coś, co meteorolodzy nazywają zróżnicowaniem opadu, a my – po prostu „kaprysem pogody”.
Dlaczego porównuję się do NWS i okolicznych stacji
Ja traktuję dane NWS jak mapę kontrolną. Nie chodzi o to, żeby udowodnić, kto miał większą kałużę na podjeździe. Chodzi o kontekst.
Porównania do Oceanside, Carlsbad czy Encinitas pomagają mi zrozumieć pas przybrzeżny, a wartości z Ramona i Julian pokazują, co dzieje się dalej w głąb lądu i w kierunku terenów wyżej położonych. I tu pojawia się jedna z najciekawszych rzeczy: Julian potrafi „zgarnąć” opad, który w mojej okolicy wygląda już skromniej.
„Kalifornia to słońce”… i właśnie dlatego burze tak zaskakują
U nas człowiek łatwo przyzwyczaja się do przewidywalności. Wchodzisz w rytm: ciepło, sucho, czasem mgła, czasem wiatr. A potem przychodzi seria sztormów i nagle okazuje się, że:
Nie ma róży bez kolców — szczególnie zimą. I właśnie zimy 2025/2026 oraz początek 2026 dobrze to pokazują.
Seria burz lutowych 2026: trzy sztormy, jeden po drugim
Luty 2026 pamiętam wyraźnie, bo to był taki okres, gdy pogoda nie dawała „odetchnąć” między kolejnymi epizodami. Dla mnie to była seria trzech sztormów, które pojawiły się w krótkim odstępie czasu i zbudowały sporą sumę opadów.
Sztorm 1 – 16 lutego 2026: deszcz w południe i mocny wiatr
16 lutego deszcz zaczął się lekko około 11:00. Około 14:00 przeszedł front i wtedy wiatr zrobił się bardziej wyczuwalny — zanotowałem porywy do 46 MPH. Ten epizod przyniósł u mnie solidny opad (w moich notatkach z tego fragmentu nie mam dopisanej jednej, konkretnej sumy dla samego pierwszego sztormu), ale ważny był rytm zjawiska: najpierw spokojnie, potem wyraźne przejście frontowe i wzmocnienie wiatru.
Dla codziennego funkcjonowania to jest ten typ dnia, kiedy niby „tylko pada”, ale odpadają plany na szybkie ogarnięcie czegoś w ogrodzie czy na podjeździe. Człowiek odkłada to na jutro — a jutro przychodzi kolejny sztorm.
Sztorm 2 – 18 lutego 2026: nocny wiatr i konkretna suma opadów
Drugi sztorm (18 lutego) był bardziej nerwowy nocą. Zanotowałem porywy:
To już są wartości, przy których wiatr realnie przeszkadza: słychać go w budynku, potrafi trzasnąć czymś na zewnątrz, a w terenie czuć, że to nie jest zwykła bryza.
Jeśli chodzi o deszcz, do rana zebrało mi się 0,44 cala. Co ważne: suma dwóch pierwszych sztormów wyniosła u mnie 1,89 cala. To jest dla mnie taki próg, gdzie zaczynam myśleć o nasyceniu gruntu i o tym, że kolejne opady mogą szybciej robić spływy powierzchniowe.
I teraz najciekawsze: porównania z okolicą (wartości raportowane dla pobliskich miejscowości) pokazały duże różnice. Dla tego epizodu miałem zestaw:
Julian z 4,78 cala wygląda tu jak inna liga. I to jest dla mnie stały motyw: rejony wyżej położone i dalej w głąb lądu potrafią dostać „dodatkowy bieg” opadów.
Dodatkowo w górach San Bernardino w tym czasie spadło 2–3 stopy śniegu. Ja lubię zestawiać te fakty, bo one pokazują, że regionalnie to był szeroki, mocny układ pogodowy, a nie lokalna przelotna chmura.
Sztorm 3 – 20 lutego 2026: słabnięcie opadu, ale suma rośnie
Trzeci sztorm (20 lutego) przyniósł u mnie 0,59 cala. Zanotowałem też poryw wiatru 36 MPH około 16:00. To już mniej dramatyczne niż nocne 54 MPH dwa dni wcześniej, ale wciąż wyraźnie odczuwalne.
Suma trzech sztormów wyniosła u mnie 2,48 cala. To jest liczba, którą czuję w terenie: wilgoć stoi dłużej, ścieżki robią się miękkie, a drobne spływy pojawiają się tam, gdzie zwykle ich nie ma. Deszcz generalnie słabł, ale w Julianie nadal było wyraźnie mokrzej.
Styczeń 2026: mokry start roku i dużo „drobnych” dopisków
Styczeń 2026 nie zaczął się spektakularnie jednym wielkim uderzeniem, tylko serią epizodów, które w sumie zrobiły robotę. Ja to nazywam „kroplami do pełnego wiadra” — pojedynczo nie wyglądają groźnie, ale pogarszają chłonność gruntu i podbijają sumy miesiąca.
2–5 stycznia: kilka dni, które zbudowały sensowną sumę
Z moich zapisów:
Zauważ, że to nie jest jeden dramatyczny dzień. To raczej sekwencja, w której wilgoć się „dokleja” do krajobrazu.
Końcówka stycznia i początek lutego: już spokojniej
Dalej było skromniej:
Takie dni ja też notuję, bo one pokazują przerwy. A przerwy bywają zbawienne, jeżeli wcześniej spadło sporo.
Grudzień 2025: święta pod deszczem
Grudzień w moich zapiskach ma wyraźny akcent około świąt. To jest ten moment, kiedy człowiek zwykle myśli o zakupach, spotkaniach i planach, a pogoda potrafi wcisnąć swoje trzy grosze.
24 grudnia 2025: pasmo deszczu i mocniejsze zrywy
24 grudnia przyszło pasmo deszczu we wczesnym popołudniu, z cięższymi zrywami. U mnie suma sztormu wyniosła 0,65 cala. W moich notatkach pojawia się też informacja, że w rejonie Los Angeles i w górach padało ekstremalnie, nawet do 10 cali (to pokazuje rozpiętość zjawiska w szerszym obszarze).
27 grudnia 2025: nocny deszcz i mocniejsze prysznice
27 grudnia w nocy spadł lekki deszcz, a potem przyszły mocniejsze prysznice. Suma wyniosła 0,29 cala.
To są wartości, które nie robią „alarmu powodziowego”, ale świetnie pokazują zimowy charakter opadów w tym regionie: częściej pasma i prysznice niż jednostajny, wielogodzinny deszcz.
Listopad 2025: jesienne ulewy i kilka podejść sztormowych
Listopad 2025 był aktywny. Dla mnie to jeden z tych miesięcy, kiedy widać, że sezon mokry zaczyna się rozkręcać, tylko robi to skokami: raz leje, raz robi przerwę, a potem wraca kolejna fala.
15 listopada 2025: większy sztorm i wyraźne przejście do „ciężkiego deszczu”
15 listopada zanotowałem sztorm, który miał kilka faz:
W notatkach mam też prognozę na kolejny sztorm: „pół do trzech czwartych cala”. Lubię takie zestawienia, bo uczą pokory: prognozy są potrzebne, ale realny rozkład opadów i tak bywa „po swojemu”.
18 listopada 2025: kolejny epizod i solidna noc
18 listopada wieczorem do rana spadło 0,66 cala, a potem prysznice dobiły do 0,73 cala. Dla mnie to był klasyczny scenariusz: najwięcej dzieje się, kiedy człowiek śpi, a rano widzisz efekt na ziemi.
20–23 listopada 2025: trzeci sztorm, który wyszedł skromniej niż zapowiedzi
20 listopada trzeci sztorm zaczął się późnym popołudniem — do wieczora miałem 0,12 cala. 23 listopada prysznice dodały 0,02 cala, a suma trzeciego sztormu wyniosła 0,46 cala. To było mniej niż prognozowany 1 cal na wybrzeżu.
Takie rozminięcia nie są rzadkie. Ja to widzę tak: prognoza ma opisać ryzyko i trend, a twoja stacja pokazuje, co finalnie „wyjdzie na liczniku”.
Wcześniejsze opady w 2025: wiosna, zima i burze interiorowe
Żeby nie było, że tylko końcówka 2025 i początek 2026 miały co notować — wcześniej też trafiały się ciekawe epizody.
Kwiecień 2025: krótkie prysznice i symboliczne sumy
26 kwietnia w nocy spadło ponad 0,05 cala, a popołudniowe prysznice podbiły to do 0,08 cala. Niby drobiazg, ale w suchszym okresie takie opady są jak mały bonus dla roślin.
Marzec 2025: sztormy o różnym charakterze
Marzec miał kilka wpisów:
Te liczby pokazują mi, że w praktyce wiele zależy od tego, czy układ się „zatrzyma” nad tobą na dłużej, czy tylko prześlizgnie bokiem.
Luty 2025: mżawki i zapowiedź większego układu
W lutym 2025 zanotowałem:
To są wartości małe, ale dobrze pokazują „przedsmak” sezonu: najpierw drobne sygnały, potem dopiero mocniejsze wejścia.
Wrzesień 2025: burze w interiorze
3 września pojawiły się burze interiorowe. W notatkach mam:
To kolejny przykład, że rozkład może być mozaikowy. Jedno miejsce dostaje porządny prysznic, drugie prawie nic.
Co mi mówią różnice między Elfin Forest a Julian i Ramona
Gdybym miał wskazać jedną rzecz, która wraca w moich porównaniach jak bumerang, to byłoby to: im dalej w kierunku terenów wyżej położonych, tym częściej opady rosną. Oczywiście nie zawsze i nie w każdej sytuacji, ale epizod z lutego 2026, gdzie Julian raportował 4,78 cala podczas jednego ze sztormów, jest dobrym przykładem skali.
Ja to sobie tłumaczę prosto (bez wchodzenia w zbyt techniczne szczegóły): teren i cyrkulacja powietrza „ustawiają” chmury i przepływ wilgoci tak, że pewne obszary dostają dogrywkę opadu.
Wiatr jako stały towarzysz zimowych sztormów
W lutym 2026 wiatr często przekraczał 40–50 MPH. Dla mnie to ważna informacja praktyczna:
Wiem, brzmi przyziemnie, ale ja właśnie tak używam tych danych: żeby lepiej planować zwykłe rzeczy.
Jak ja to wszystko notuję, żeby miało sens po roku
Jeżeli chcesz prowadzić podobne zapiski, to z doświadczenia powiem: najważniejsza jest konsekwencja i prosty format. Ja trzymam się kilku zasad, bo inaczej po paru miesiącach człowiek ma notatki jak groch z kapustą.
Mój minimalny zestaw danych dla każdego epizodu
Zapisuję:
Jak porównywać się z okolicą bez frustracji
Jeśli twoja stacja pokazuje mniej niż raporty z miejsc oddalonych o kilkanaście kilometrów, nie zakładaj od razu błędu. Ja robię tak:
Z czasem zaczynasz widzieć swój własny „podpis pogodowy” — czyli to, jak twoja lokalizacja reaguje na różne typy układów.
Bezpieczeństwo i codzienność: co robię przed i w trakcie sztormu
Ja nie podchodzę do tego jak do survivalu, ale kilka nawyków mi się przydało. Przy porywach rzędu 50+ MPH naprawdę szkoda czasu na bieganie po ciemku i ratowanie rzeczy, które mogłeś zabezpieczyć wcześniej.
Moja krótka lista „przed sztormem”
W trakcie: mniej bohaterstwa, więcej rozsądku
Gdy mocno wieje, ja ograniczam kręcenie się po terenie. Znam siebie: łatwo wpaść w tryb „jeszcze tylko sprawdzę”. A potem stoisz w deszczu i wietrze, mokniesz, denerwujesz się i finalnie i tak nic nie zrobisz.
Dlaczego w ogóle o tym piszę: bo dane uczą cierpliwości
Te dwa lata (2025–2026) przypomniały mi, że pogoda w rejonie San Diego potrafi być kapryśna. Od okresów suchych po epizody, które w krótkim czasie dokładają po kilka cali deszczu — i do tego wiatr, który robi klimat jak z filmu.
Ja zawsze sprawdzam raporty NWS i porównuję je z moją stacją, bo to daje pełniejszy obraz. Jeśli ty masz swoją stację, zrób to samo. Serio, wyjdziesz na swoje: lepiej zrozumiesz, co dzieje się lokalnie, a przy okazji szybciej wyłapiesz, czy twoje wskazania trzymają poziom.
Uwaga na wątek z mediów społecznościowych: nie mieszam tematów na siłę
W materiałach wejściowych pojawia się cytat z serwisu społecznościowego dotyczący pokazu „Multilingual & Text Rendering in ChatGPT Images 2.0” opublikowany przez konto OpenAI (datowany na 21 kwietnia 2026). Ja tego nie łączę bezpośrednio z pogodą w San Diego, bo to byłyby dwa różne światy w jednym garnku.
Jeśli jednak interesuje cię, jak AI pomaga w praktyce przy takich projektach „domowych” (notatki, automatyczne zestawienia, archiwum zdarzeń), to ja widzę tu sensowny most: można użyć automatyzacji do porządkowania obserwacji pogodowych i porównań z danymi publicznymi. Tyle że to już temat na osobny wpis, żeby nie robić miszmaszu.
Słowniczek moich pojęć (żebyśmy mówili tym samym językiem)
Jeśli chcesz, mogę w kolejnym kroku przygotować też wersję z przeliczeniami na milimetry (opad) i km/h (wiatr), ale tutaj zostawiłem wartości w formie, w jakiej je zapisałem.
Tematy, które możesz śledzić dalej (jeśli jarają cię takie obserwacje)
Jeżeli czytasz to i myślisz „okej, też chcę tak monitorować pogodę u siebie”, to ja bym poszedł w te kierunki:
To nie musi być praca naukowa. Wystarczy konsekwencja. A potem, po roku czy dwóch, masz coś, czego nie da się „odtworzyć z pamięci” — rzetelny zapis tego, co naprawdę spadło i jak to wyglądało w praktyce.
Jeśli chcesz, podeślij mi jeszcze: (1) model twojej stacji pogodowej, (2) lokalizację w przybliżeniu (dzielnica/obszar), (3) czy wolisz jednostki metryczne. Ja wtedy dopasuję drugą wersję tekstu pod twój kontekst i dorzucę sensowne frazy SEO dla twojego regionu.
Źródło: https://x.com/OpenAI/status/2046691650202902681

