Bloopers od Sora — sztuczny humor na wesoło i na żądanie
Sztuczna inteligencja w roli żartownisia: o co tu właściwie chodzi?
Otaczający nas świat technologii coraz śmielej wkracza w rejony, które przez lata były zarezerwowane głównie dla ludzi — emocji, twórczości i poczucia humoru. Pewnego dnia, przeglądając media społecznościowe, wpadłem na wpis jednej z aplikacji: „Found the bloopers. Just kidding, we made them with Sora.” (pol. „Znaleźliśmy bloopersy. Żartowałem, sami je stworzyliśmy z Sora.”). Na pierwszy rzut oka to drobny, internetowy żart. A jednak — kryje się za tym cały świat komedii generowanej przez sztuczną inteligencję.
Sora, aplikacja oparta na rozwiązaniach AI, postanowiła pokazać, jak szeroko można rozumieć humor: zamiast czekać cierpliwie na „wpadki” z planu filmowego, teraz można je… wyprodukować na żądanie. Ot, znak czasów. Zaintrygowało mnie to do tego stopnia, że aż chciałem sam sprawdzić, jak smakuje taka sztucznie zmajstrowana rozrywka. I muszę przyznać — efekt jest więcej niż zaskakujący.
Jak powstają bloopersy AI? Z czego śmieje się maszyna?
No dobrze, można by zapytać — czym różnią się sztucznie tworzone gafy od tych prawdziwych? Kiedyś bloopersy to były po prostu efekty działania ludzkiego przypadku: dzbanek z herbatą wylany na planie, pies przebiegający przez środek ujęcia albo trudna do powstrzymania czkawka u prowadzącego. Takie rzeczy widziałem chyba wszyscy — kto choć raz nie trafił na klasyczne „wpadki” podczas gali, ten niech pierwszy rzuci kamieniem.
A jednak, sztuczna inteligencja w ogóle nie potrzebuje pecha ani przypadku. Ona „wie”, co rozśmiesza ludzi — przetwarza setki tysięcy fragmentów gagów, analizuje reakcje, zbiera dane z internetu i na podstawie wzorów tworzy własne „błędy”. To już nie jest kwestia szczęścia lub nieszczęścia — to zaprogramowany, algorytmiczny śmiech.
Przykłady surrealistycznych bloopersów generowanych przez Sora
- Niewyobrażalne zamiany ról: wyobraź sobie ujęcie, gdzie kot zyskuje głowę gąsienicy, a pies staje się szefem kuchni.
- Przedziwne scenerie: kobieta-gigantka na różowym rumaku, galopująca przez zatłoczony parking supermarketu.
- Totalnie abstrakcyjne dialogi: bohaterowie rozmawiają o czymś zupełnie absurdalnym — typu zamiana lewego buta na żarówkę.
- Technologiczne psikusy: wentylator, który nie chce przestać szumieć, mikrofon łapie każdą możliwą gafę, a kamera „gubi” postacie z kadru.
Nie będę ukrywać, czasem przy takich ujęciach wybuchałem śmiechem, choć bywały też momenty, kiedy poczułem, że ta sztuczność jest dość wyraźna. Ale przecież — nie ma róży bez kolców!
Bloopers sztucznie czy prawdziwie? Różnica, którą czuć — trochę jak barszcz z proszku
Kiedy ogląda się klasyczne wpadki, czuć w powietrzu specyficzne napięcie. Ktoś się potknie, powie coś nieoczekiwanego, pojawi się śmiech — taki autentyczny, szczery, który aż zaraża. A tutaj? Sora symuluje to wszystko tak, żeby efekt był zbliżony do ludzkiego potknięcia. Owszem, pojawia się fałsz, przekręcenie frazy, machnięcie ręką w złą stronę — wszystko przemyślane, rozrysowane, wręcz zaplanowane co do sekundy.
Mnie się kojarzy to nieco z fast foodem — daje szybki efekt, na chwilę bardzo mi smakuje, ale nie zastąpi dobrego domowego obiadu. Pewnie, raz na jakiś czas można zjeść burgera z sieciówki, tylko nie wmawiać sobie, że to już domowy kotlet.
AI potrafi śmiać się z własnych błędów?
Otóż tak — a właściwie „potrafi” według pewnej logiki. Sora uczy się, które warianty scenek uznajesz za śmieszne: czy wolisz subtelny sarkazm, czy jednak typowy „slapstick”, gdzie ktoś kogoś mocno rozśmieszy fizycznym żartem. Algorytmy się uczą — a każda powtarzalność w reakcjach widzów to nowa wskazówka na przyszłość.
Jest w tym element fascynacji — obserwuję, jak AI skraca dystans do odbiorcy, a jednocześnie nie zapomina o dystansie do samej siebie. Właściwie bawi mnie nawet ta „przesada” — moment, gdy nagle pies zaczyna mówić głosem szefa kuchni i wyjaśnia, jak ugotować bigos.
Viralowy szał — kiedy humor AI staje się globalnym trendem
Humor w sieci zmienia się szybciej niż moda na kolory paznokci. Gdy Sora wypuściła serię swoich bloopersów, reakcja była natychmiastowa. Ludzie zaczęli prześcigać się w komentowaniu, oznaczaniu znajomych i wymianie linków. Ja sam dostałem kilka zabawnych klipów w wiadomościach prywatnych — niemal jakby moi znajomi chcieli się pochwalić nowym „memem”.
To właśnie efekt viralowy — nagle coś, co jest sztucznie wykreowaną wpadką, staje się bardziej „ludzkie” niż niejeden film na TikToku. Kolejne odsłony pokazują, że z każdą chwilą poprzeczka absurdu rośnie: wymyślne animacje, coraz śmielsze gagi, nowe pomysły, które czasem śmieszą aż do łez, a czasem po prostu zwyczajnie męczą.
Ale chyba o to też chodzi — dawka przesady zawsze była obecna w polskim kabarecie, od czasów „Starszych Panów” po współczesnych youtuberów. Sora idealnie wczuwa się w tę estetykę, dorzucając swoje „trzy grosze”.
Humor sztuczny kontra tradycyjny: mój osobisty pojedynek
Przez lata wyrobiłem sobie własny gust — uwielbiam klasyczne wpadki na planie telewizyjnym, śledziłem kiedyś „Śmiechu warte”, a podczas rodzinnego oglądania zawsze najwięcej śmiechu było właśnie przy tych nieplanowanych potknięciach. Sora proponuje coś świeżego: żart z laboratorium, niemal jakbyśmy oglądali kabaret obsadzony przez aktorów-roboty.
Czy działa? Powiem szczerze — zaskakująco często! Gdyby nie świadomość zaprogramowania, czasem łapię się na spontanicznym chichotaniu jak przy starych, dobrych bajkach z „Różową Panterą”. Może to trochę z sentymentu, a może po prostu dlatego, że absurdalne poczucie humoru jest czymś, co niezależnie od epoki zawsze mnie bawiło.
Kiedy sztuczność staje się nową normalnością?
Widzę w tym całym zjawisku coś interesującego — technologia nie tylko ułatwia nam życie, ale wręcz wymyśla nowe formy rozrywki. Humor sztucznie generowany to już nie przyszłość, ale codzienność naszych telefonów i komputerów. Z jednej strony to trochę przerażające, bo gdzie tu miejsce na prawdziwy, spontaniczny śmiech? Ale zdobywając dystans (a Polakom tego nie brakuje), można docenić także i tę formę żartów.
Co ciekawe, nie każdy jest zachwycony — niektórzy moi znajomi mówią wprost: „Po godzinie przestaje to bawić, bo czuć, że tam brakuje ciepła, tej nieprzewidywalności ludzkiej.” Inni z kolei są zachwyceni: „Super! Można sobie zamówić gag, kiedy tylko się chce!” Ot, jak mawiał klasyk — ile ludzi, tyle gustów.
AI, czyli tajemnica dobrego żartu: przepis na humor po nowemu
Zaciekawiła mnie kwestia „poczucia humoru” maszyn. Jak to jest, że komputer potrafi wywołać śmiech? Odpowiedź wcale nie jest taka prosta. Kryje się za tym cała masa algorytmów, matematyki i obróbki tysięcy próbek tekstu, dźwięku oraz obrazu.
- Analiza reakcji: AI obserwuje, które sceny wywołują najwięcej śmiechu, lajków czy komentarzy. Porównuje trendy z różnych krajów, bada, czy zabawniejszy jest czarny humor, czy może klasyczne żarty sytuacyjne.
- Mieszanie kontekstów: maszyna łączy elementy ze świata polityki, sportu, show-biznesu czy zwykłego życia rodzinnego. To trochę jakby połączyć „Familiadę” z Monty Pythonem — czasem wyjdzie z tego arcydzieło, czasem coś, co nadaje się do kubła.
- Testowanie absurdalnych pomysłów: AI nie boi się eksperymentować. Przykładowo kot startujący w maratonie czy Michał Jackson tańczący z polską babcią — taki miks nie powinien działać, a jednak rozśmiesza.
Tu pojawia się nieoczywista puenta: nawet „błąd” można zaprogramować. Przypadek nie jest konieczny, by rozbawić tłum. Zamiast czekać, aż maszyna się potknie, po prostu jej to „każemy”. Trzeba jednak przyznać — do poziomu legendarnych wpadek z „Kiepskich” brakuje Sora jeszcze trochę tej swojskiej, warszawskiej przekory.
Humor a technologia: szanse i wyzwania dla kreatywnych
Wiecie, nie ma co kryć — każdy, kto choć trochę pracował w kreatywnym świecie, dobrze wie, że poczucie humoru to najtrudniejsza materia. Jeszcze trudniej, gdy za śmiech odpowiadają „zimne” liczby i algorytmy. Sam pracowałem przy kilku projektach, gdzie AI generowało opisy produktów czy slogany reklamowe — czasem wychodziło to śmiesznie, lecz nie do końca tak, jak zakładaliśmy.
Do tej pory najwięcej radości dawała mi reakcja, kiedy AI wymyśliło slogan dla bistro: „Zjedz, zanim dorożka ci ucieknie!” — bez sensu, śmieszne i… bardzo charakterystyczne dla maszynowego humoru, który przypomina żart sytuacyjny, tłumaczący się tylko w konkretnej chwili.
Co staje się atutem AI? Szybkość, dostępność, niekończące się eksperymenty. Możliwość stworzenia memu w sekundę, nawet gdy głowa pęka od zmęczenia. W tym jestem na „tak” — to takie meme’owe instant, idealne na ponure poranki albo długie, jesienne wieczory.
Jednak, jak zauważałem już wcześniej, nawet najbardziej zaawansowane narzędzia nie zastąpią klimatu wspólnego śmiechu — tego, który wybucha zupełnie niespodziewanie, gdy ktoś po prostu powie coś absurdalnego, a cała ekipa kładzie się ze śmiechu. No, ale tego się nie da już zaprogramować — przynajmniej na razie.
Memetyka, czyli jak AI tworzy trendy i mody żartów
Rozwój sztucznej inteligencji to nie tylko powielanie żartów, ale także ich tworzenie — w sposób, jakiego wcześniej nie znaliśmy. To trochę jak festiwal memów i viralowych filmików, które pojawiają się na chwilę, ale potrafią podbić internet.
Przypomina mi się historia popularnego viralowego nagrania, gdzie komputer wygenerował serię wpadek w stylu brytyjskiego skeczu — niecodzienne połączenie dystyngowanego stylu z czystym absurdem. Widziałem, jak młodsze pokolenia wyłapują te niuanse i natychmiast wrzucają własne parodie. To taki internetowy łańcuszek śmiechu — a wszystko dzięki temu, że ktoś „po drugiej stronie kabla” po prostu kliknął „generuj”.
Największe plusy tej nowej memetyki?
- Nieograniczona liczba wariantów (każdy żart jest trochę inny).
- Możliwość personalizacji — wybierasz styl humoru, który ci pasuje.
- Globalność — bloopersy AI rozumieją ludzie z całego świata.
- Ekspresowe tempo — nowy trend rodzi się w ciągu nocy.
Na minus trzeba zaliczyć ryzyko powtarzalności oraz utraty tej „iskry”, która czyni żart wyjątkowym. Ale nie ma co się obrażać — nawet najlepszy kabareciarz czasem wpadnie w rutynę.
Automatyzacja śmiechu: czy każdemu to potrzebne?
Zastanawiam się czasem, czy rzeczywiście każdy musi mieć dostęp do takiego automatu na śmiech. Z jednej strony to doskonałe narzędzie do rozładowania napięcia w pracy, w szkole, w tramwaju (albo nawet podczas rodzinnych obiadów, które bywają czasem bardziej stresujące niż spotkania zarządu).
Widziałem już specjalne automaty humorystyczne w biurach: na zasadzie „naciśnij guzik, a AI wygeneruje żart”, które potrafiły nieźle rozładować atmosferę na zebraniach. Myślę, że taka forma relaksu będzie z nami dłużej. Bo przecież — jak mawiał Słowacki: „Chodzi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa”.
Z drugiej strony — ostrożnie z przesadą! Nie chciałbym, by świat utonął w labiryncie przewidywalnych, komputerowych dowcipów. Lubię, gdy śmiech pojawia się znienacka, zaskakuje i daje tę przyjemną iskrę spontaniczności. Umiar wskazany nawet w śmiechu — tak jak mówiono w moim rodzinnym domu, „co za dużo, to niezdrowo”.
Bloopersy na żądanie, czyli fenomen „śmieszności do wyboru”
Na zakończenie mam dla ciebie jeszcze jedną uwagę: dzisiaj śmiech też można zaprogramować. Możesz zamówić sobie gag w wybranym stylu i języku — AI dobierze podkład muzyczny, styl wypowiedzi czy poziom absurdu tak, by pasował nawet do najbardziej wymagających gustów.
Przykładowe zastosowania takich AI-generowanych bloopersów:
- Imprezy rodzinne — szybki żart na ekranie podczas urodzin?
- Spotkania firmowe — wstawka rozładowująca nudny wykład?
- Media społecznościowe — wyróżniający się mem na Twój profil lub stronę marki?
- Rozrywka dla najmłodszych — personalizowane historyjki z bohaterami ulubionych bajek?
Sam korzystałem z podobnych rozwiązań, gdy trzeba było przygotować prezentację — kilka wygenerowanych przez AI gagów świetnie rozładowało napięcie, a sala nagrodziła całość brawami (a przynajmniej nikt nie zasnął!).
Jak więc polubić humor sztucznej inteligencji?
Odpowiedź jest prosta i całkiem po polsku: spróbuj i zobacz, czy ci smakuje. Może się okazać, że odnajdziesz w tym swoje poczucie humoru — albo wręcz przeciwnie, wrócisz do klasyki z nagraniami wpadek sprzed lat. Każdy ma prawo do własnego gustu i własnej dawki śmiechu.
Dla mnie, nowe trendy w humorze pokazują, że świat zmienia się szybciej, niż czasem daje się to ogarnąć wzrokiem. Sora tylko przyspieszyła ten proces. A ja? Pewnie będę śledził kolejne memy i filmiki z pewnym dystansem, uśmiechając się do tych, w których czuć jeszcze ten niepowtarzalny pierwiastek żartu — nawet, jeśli pochodzi on w całości z liczbowych wzorów.
Podsumowując: „Błąd” teraz generujesz sam — a śmiech jest na wyciągnięcie ręki
Na polskich podwórkach od lat obserwuję ogromne zróżnicowanie jeśli chodzi o poczucie humoru. Jedni śmieją się z najprostszych żartów sytuacyjnych, inni wolą abstrakcyjne skojarzenia, a jeszcze inni zachwycają się dopracowaną formą filuternego absurdu. Sztuczna inteligencja dołożyła do tego swoje trzy grosze. Dała nam możliwość produkowania śmiesznych wpadek na żądanie — bez bólu, bez potu i bez jednej rozbitej butelki na planie.
Szybkość, kreatywność, eksperyment — to wszystko, co sztuczna inteligencja wnosi dziś do świata rozrywki. Jednak nawet najlepszy algorytm nie zastąpi tej iskierki ludzkiego błędu, za którym tęskni wielu z nas. Ot, taki paradoks świata technologii — goniąc za sztucznością, wracamy do źródeł śmiechu. Gdyby ktoś kiedyś powiedział mojemu dziadkowi, że „błędy” można generować komputerem, chyba nie uwierzyłby w ani jedno słowo.
A ty? Zamierzasz programować sobie żarty, czy wciąż czekasz na tamte spontaniczne minuty śmiechu z żywego życia? Jak dla mnie, jedno drugiego nie wyklucza — i całe szczęście. Bo życie, jak to życie — czasem rozbawi cię maszyna, a czasem wystarczy, że pies zje ci kapcie przed ważnym spotkaniem.
Pozostaje tylko pamiętać: kto się śmieje, ten żyje dłużej. I tego się trzymajmy — choćby nawet śmiech miał być generowany przez algorytm, a nie przez sąsiada zza płotu!
Źródło: https://x.com/soraofficialapp/status/1991311287046099170

